Nagle staję przed koniecznością napisania tych kilku słów, które są już tylko wspomnieniem i pożegnaniem osoby, którą uważałem za bliskiego kolegę, bratnią duszę, może nawet przyjaciela… Kto by pomyślał, że kolejne zdania dotyczyć będą Piotra Szygalskiego. Króla życia, arbitra elegancji, mistrza erudycji, elokwencji, człowieka wrażliwego, inteligentnego i zabójczo dowcipnego. Co prawda nie każdy był gotów na żart „Szygala” i nie zawsze był on odbierany jako żart, chociaż był nim zawsze. Niczym nieskrępowany, w każdej mierze wolny i bezkompromisowy. Taki był też sam Piotr… Boże, jak trudno pisać o nim w czasie przeszłym… A jednak ta wiadomość spadła na nas wszystkich nagle, brutalnie i nieodwracalnie. Piotr Szygalski nie żyje!

Jak to? To nie możliwe… To jakiś żart? Ci którzy go znali w większości przypadków zareagowali właśnie w ten sposób. Nic dziwnego. Piotra można było kojarzyć z różnymi rzeczami, tylko nie z nieodwracalnością. Nie z tym, że może go już tu nie być z nami. Ten facet żył, jak to się mówi pełną gębą, a kiedy się śmiał góry rozsadzał. Miał swoje wady, nikt nie jest przecież bez wad. Był tak samo uwielbiany, jak i wręcz przeciwnie. Nie zmienia to faktu, że był wyróżniającą się osobowością, obdarzony dużym talentem, mistrz w swoim fachu. Kiedy poznałem Piotra był już wtedy w tym zawodzie kimś, kogo chciało się naśladować, brać przykład i uczyć się tego, co najlepsze. Nasze spotkanie zbiegło się z moimi pierwszymi krokami w tej branży. A wówczas Piotr był dla mnie gwiazdą „Ulic Kultury” czy „Kulturalnych”. Prawdziwa żyleta! I jeśli dzisiaj staję na scenie, prowadzę galę czy premierę to jest ze mną właśnie Piotr Szygalski. Kiedy wypowiadam się w radiu, czy telewizji jest tam też Piotr Szygalski. Moderuję spotkanie, również towarzyszy mi Piotr Szygalski. Jedynie w pisaniu się wyraźnie różniliśmy. Inne style, różna technika, i rzecz jasna odczucia. Nie, nie był moim mentorem, był po prostu wzorem, który tym kim był określał pewien kierunek. Nigdy Ci tego Piotrze nie mówiłem, ale dziękuję Ci za to po tysiąckroć.

Trudno się piszę o kimś, kto wczoraj był, a dzisiaj jest już tylko pusta po nim przestrzeń. Nie zobaczymy się już Piotrze na żadnym pokazie, na który wejdziesz w ostatniej chwili. Wcześniej nie dostanę do Ciebie sms’a o treści: jutro coś jest? Nie obejrzymy już żadnego meczu Ligi Mistrzów, na który dotrzesz do mnie przed końcem drugiej połowy. Nie znajdziemy się także nigdy więcej w towarzystwie, w którym onieśmielisz kilka młodych dam, jak zwykłeś mawiać o kobietach. Nie zrobimy już też sobie selfie na kolejnym pokazie entych Gwiezdnych Wojen i nie wrzucimy tego na FB, aby podłapać kilka lajków… Nie pośmiejemy się beztrosko i donośnie. Nie omówimy sytuacji geopolitycznej, ani jakiejkolwiek innej. Nigdy nie wyciągniesz mnie też na ulice Warszawy chwilę po przejściu Marszu Niepodległości. Nic, po prostu nic już razem nie zrobimy, z czym jest naprawdę trudno się dzisiaj pogodzić. Rozumieć tego nawet nie próbuję.

Odszedłeś, widocznie nadszedł Twój czas. Nie będę tutaj polemizował z planem bożym. Byłeś naprawdę znakomitym dziennikarzem, profesjonalistą w swoim fachu, równie dobrym kumplem i nietuzinkowym człowiekiem. Bezapelacyjnie rzecz jasna żywą i barwną duszą towarzystwa! I obyś teraz bawił, zawstydzał, prowokował i onieśmielał równie kreatywnie i ekspresyjnie w tej nowej rzeczywistości, czasoprzestrzeni czy wymiarze, do którego się tak nagle udałeś. Gdziekolwiek jesteś baw się dobrze i zaznaj wreszcie spokoju, bo tylko tego Ci tak brakowało. Pozostajesz i wiem, że pozostaniesz w wielu sercach. W moim na pewno. Dobranoc Piotrze….

Artur Cichmiński